Moje kochane dziecko, mistrz ostatniej szansy. Zawsze ma czas na wszystko oprócz nauki. Na grę z kolegą w sieci, domowy koncert gry na gitarze, jazdę konną, kopanie w piłkę. Na naukę natomiast nigdy nie przeznacza więcej niż 15 minut. Twierdzi, że tyle mu wystarcza na przyswojenie materiału. Po prostu "geniusz" i sztuczna inteligencja w ciele 17-latka. Mojego syna. Kto nie rozumie jego geniuszu, powinien się - zdaniem Michała - wstydzić. W tym konkretnym przypadku powinien wstydzić się nauczyciel biologii. Nie poznał się na nim i wystawił mu na koniec roku jedynkę, zwaną potocznie "pałką". Mój syn na przyswojenie całego materiału z biotechnologii i genetyki przeznaczył aż 6 godzin, co było 24-krotnym przekroczeniem dopuszczalnej normy. Nauczyciel powinien zrozumieć ogromne poświęcenie ucznia. Przecież nie liczy się to, że przez całe półrocze młody człowiek leserował. Ważniejsze powinno być to, że zdobył się na heroiczny czyn i ogromne poświęcenie w imię nauki.
Dla tych, którzy nie mają dzieci wyjaśnienie: "pałka" to ocena nie kwalifikująca ucznia do przejścia do następnej klasy. I mój jedynaczek znalazł się właśnie w tej grupie - grupie uczniów, którzy dziś musieli zdawać egzamin poprawkowy. Nie rozumiem młodych ludzi. Gdyby przez całe wakacje miała prześladować mnie wizja "poprawki" i niepewność, czy przejdę do następnej klasy, to na pewno dla świętego spokoju uczyłabym się pilnie przez cały rok.
Mój syn jako ucieleśnienie "geniuszu" miał dziś wyjątkowe szczęście. Dostał jedyny zestaw pytań, na które potrafił odpowiedzieć. I zdał. W szczerym odruchu pogratulowałam mu, ale po chwili zastanowiłam się, czego ja mu właściwie gratuluję. Leserowania przez cały rok i "wyciągnięcia się" na dwójkę? Gratulacje zostały cofnięte, a zastąpił je smrodek dydaktyczny. No, cóż... mój syn sam się o to prosił.