Vouchery wymieniliśmy na karty pokładowe. Idziemy po mostku. No, nie. Czeka nas znowu ta sama szopka. Rytuał, przed którym trudno uciec. Fotografia, za którą trzeba potem zapłacić 20 dolarów. Mamy całą kolekcję takich zdjęć. Wyglądam na nich okropnie. Możemy przeprowadzić głosowanie, na którym z nich wyglądam straszniej. Trudno byłoby się zdecydować, takie jest ich bogactwo. Wczoraj i dziś nie mieliśmy siły protestować, kiedy robili nam zdjęcia na statku i przy helikopterze, ale dwa razy jednego dnia poddawać się takim torturom to lekka przesada. Nawet Trybunał w Strasburgu uznałby to za pogwałcenie praw człowieka. Poza tym mamy swoje aparaty, więc po co nam kolejne zdjęcie do naszego panoptikum. Wymieniamy się uwagami, że chyba nie unikniemy pozowania do zdjęcia, chociaż wszyscy rzucamy jakieś pomysły, jak dać nogę. Nagle przychodzi nam do głowy, żeby pójść za stewardessą, omijając miejsce sesji zdjęciowej. Udało się. Jesteśmy w części restauracyjnej.
- To my mamy szwedzki stół? – marudzi mój niezadowolony syn.
To jednak nie podoba mu się wersja oszczędnościowa, choć nie raz wytykał mi rozrzutność. Usiedliśmy przy wyznaczonym stole. Rozglądam się wokół. Kilkakrotnie płynęliśmy tzw. rejsami obiadowymi na różnych statkach i barkach. Ten przypomina mi prom „Pomerania” z lat jego świetności. Czerwone krzesła typu jakiś fałszywy "Ludwik" ze złotymi obrzeżami. Meble, co prawda, są bardziej w guście amerykańskim niż PRL-owskim, ale skojarzenie z polskim statkiem nasuwa mi się dlatego, że ta restauracja jest kwintesencją bezguścia. Na suficie położono plastikowe panele, „ostatni krzyk mody” z okresu transformacji w naszym kraju. Do tego stoją tu kolumny, które w miejscu jońskich zwieńczeń mają pomarańczowo-zielone ananasy. Wielkie drewniane żółwie leżą pomiędzy potrawami na długim stole, a tzw. estradę ozdabiają zasłony z czerwonego i złotego sukna. Po prostu jakiś architekt wnętrz zemścił się – być może – za niskie wynagrodzenie.
Podchodzi kelnerka. Azjatka z miłym skurczem twarzy, czyli uśmiechem.
- Co mogę podać do picia?
Mój syn od dłuższej chwili „maltretuje” mnie o koktajl alkoholowy. Chce się napić Pina-Colady. Ja mam ochotę na Caipirinhę. Zamawiam trzy koktajle, Coca-Colę i wodę niegazowaną. W cenie każdego biletu jest jeden drink.
- Poproszę o ID tego chłopca. Jeśli ma pić alkohol, to muszę sprawdzić, czy ma ukończone 21 lat.
Tego mogłam się spodziewać. Amerykanie, nawet skośnoocy są bardzo restrykcyjni. Policja może pojawić się znikąd w każdej chwili, nawet na środku Pacyfiku. Poza tym przeciętny mieszkaniec Stanów Zjednoczonych stara się działać zgodnie z literą prawa. Oczywiście, od tego są odstępstwa. Mnóstwo odstępstw. Przybieram poker face.
- Mogę pokazać jego paszport, ale to ja wypiję oba drinki, chyba że Pani kwestionuje warunki, na których zakupiłam bilety.
Pokazuję jej paszport Michała. Przecież nie będę przedłużać tej żenującej chwili. Jak wrócimy do hotelu, to natrę Michałowi uszu za to, że naraża mnie na takie sytuacje. Powiem mu, że kasujemy mu kieszonkowe, bo matka naprawdę musi zainwestować w kurs asertywności. Ale i tak miałam zamiar wypić więcej alkoholu, skoro nie muszę tu prowadzić samochodu. Z chęcią wypiję Pina-Coladę.
Własnym oczom nie wierzę w to, co widzę. Kelnerka usiłuje wyczytać coś z polskiego paszportu. To go przybliża, to oddala. Michał robi miny, choć są one nieco przygaszone. Nie jest już taki pewny siebie. Kobieta oddaje mi paszport wyraźnie uspokojona. Mówi, że jest OK. i stawia Pina-Coladę przed Michałem. Odchodzi.
Michała z kolei zamurowało.
- A jej co odwaliło? – pyta.
Zabieram mu sprzed nosa alkohol. Usiłuje się stawiać, ale nie daję za wygraną. Swoją drogą, ciekawe, co takiego kelnerka wyczytała w jego paszporcie. Czyżby był on tak „czytelny”, że można wmówić Amerykanom, że jest on zgoła innym człowiekiem?








