piątek, 24 kwietnia 2015

Azjatka z miłym skurczem twarzy

Vouchery wymieniliśmy na karty pokładowe. Idziemy po mostku. No, nie. Czeka nas znowu ta sama szopka. Rytuał, przed którym trudno uciec. Fotografia, za którą trzeba potem zapłacić 20 dolarów. Mamy całą kolekcję takich zdjęć. Wyglądam na nich okropnie. Możemy przeprowadzić głosowanie, na którym z nich wyglądam straszniej. Trudno byłoby się zdecydować, takie jest ich bogactwo. Wczoraj i dziś nie mieliśmy siły protestować, kiedy robili nam zdjęcia na statku i przy helikopterze, ale dwa razy jednego dnia poddawać się takim torturom to lekka przesada. Nawet Trybunał w Strasburgu uznałby to za pogwałcenie praw człowieka. Poza tym mamy swoje aparaty, więc po co nam kolejne zdjęcie do naszego panoptikum. Wymieniamy się uwagami, że chyba nie unikniemy pozowania do zdjęcia, chociaż wszyscy rzucamy jakieś pomysły, jak dać nogę. Nagle przychodzi nam do głowy, żeby pójść za stewardessą, omijając miejsce sesji zdjęciowej. Udało się. Jesteśmy w części restauracyjnej.

- To my mamy szwedzki stół? – marudzi mój niezadowolony syn.

To jednak nie podoba mu się wersja oszczędnościowa, choć nie raz wytykał mi rozrzutność. Usiedliśmy przy wyznaczonym stole. Rozglądam się wokół. Kilkakrotnie płynęliśmy tzw. rejsami obiadowymi na różnych statkach i barkach. Ten przypomina mi prom „Pomerania” z lat jego świetności. Czerwone krzesła typu jakiś fałszywy "Ludwik" ze złotymi obrzeżami. Meble, co prawda, są bardziej w guście amerykańskim niż PRL-owskim, ale skojarzenie z polskim statkiem nasuwa mi się dlatego, że ta restauracja jest kwintesencją bezguścia. Na suficie położono plastikowe panele, „ostatni krzyk mody” z okresu transformacji w naszym kraju. Do tego stoją tu kolumny, które w miejscu jońskich zwieńczeń mają pomarańczowo-zielone ananasy. Wielkie drewniane żółwie leżą pomiędzy potrawami na długim stole, a tzw. estradę ozdabiają zasłony z czerwonego i złotego sukna. Po prostu jakiś architekt wnętrz zemścił się – być może – za niskie wynagrodzenie.

Podchodzi kelnerka. Azjatka z miłym skurczem twarzy, czyli uśmiechem.

- Co mogę podać do picia?

Mój syn od dłuższej chwili „maltretuje” mnie o koktajl alkoholowy. Chce się napić Pina-Colady. Ja mam ochotę na Caipirinhę. Zamawiam trzy koktajle, Coca-Colę i wodę niegazowaną. W cenie każdego biletu jest jeden drink.

- Poproszę o ID tego chłopca. Jeśli ma pić alkohol, to muszę sprawdzić, czy ma ukończone 21 lat.

Tego mogłam się spodziewać. Amerykanie, nawet skośnoocy są bardzo restrykcyjni. Policja może pojawić się znikąd w każdej chwili, nawet na środku Pacyfiku. Poza tym przeciętny mieszkaniec Stanów Zjednoczonych stara się działać zgodnie z literą prawa. Oczywiście, od tego są odstępstwa. Mnóstwo odstępstw. Przybieram poker face.

- Mogę pokazać jego paszport, ale to ja wypiję oba drinki, chyba że Pani kwestionuje warunki, na których zakupiłam bilety.

Pokazuję jej paszport Michała. Przecież nie będę przedłużać tej żenującej chwili. Jak wrócimy do hotelu, to natrę Michałowi uszu za to, że naraża mnie na takie sytuacje. Powiem mu, że kasujemy mu kieszonkowe, bo matka naprawdę musi zainwestować w kurs asertywności. Ale i tak miałam zamiar wypić więcej alkoholu, skoro nie muszę tu prowadzić samochodu. Z chęcią wypiję Pina-Coladę. 

Własnym oczom nie wierzę w to, co widzę. Kelnerka usiłuje wyczytać coś z polskiego paszportu. To go przybliża, to oddala. Michał robi miny, choć są one nieco przygaszone. Nie jest już taki pewny siebie. Kobieta oddaje mi paszport wyraźnie uspokojona. Mówi, że jest OK. i stawia Pina-Coladę przed Michałem. Odchodzi.

Michała z kolei zamurowało.

- A jej co odwaliło? – pyta.

Zabieram mu sprzed nosa alkohol. Usiłuje się stawiać, ale nie daję za wygraną. Swoją drogą, ciekawe, co takiego kelnerka wyczytała w jego paszporcie. Czyżby był on tak „czytelny”, że można wmówić Amerykanom, że jest on zgoła innym człowiekiem?











czwartek, 23 kwietnia 2015

Covent Garden



Jest wieczór, a my jesteśmy w Covent Garden. Ze wszystkich stron dobiegają różne melodie. Przed kościołem św. Pawła (St. Paul`s Church) szczudlarz pokazuje swoje sztuczki. Covent Garden jest piękne o każdej porze dnia. Wieczorami turystów zabawiają artyści uliczni. Nie łatwo jest takim artystą zostać. Do tego potrzebne jest specjalne pozwolenie władz miejskich, liczba ulicznych artystów jest ograniczona. Już kilka lat temu moje dziecko postanowiło, że zostanie ulicznym   artystą w Covent Garden, bo mu się tam podoba. Ma już gitarę, więc kto wie? Za dnia w Covent Garden działa targ, na którym kupić można niemal wszystko. Nasze ulubione stoiska? Z torbami – mojej mamy, ze wszystkim, co ma motywy rockowe – mojego syna. Ja uwielbiam stoisko z kwiatami. Podobnie, jak bohaterka „Pigmaliona” Eliza Doolittle mogłabym być kwiaciarką z Covent Garden. 

Szczudlarz zaczepia przechodniów. Trochę kiepsko mu idzie, bo są oni od niego sporo niżej. Dziewczyny uciekają przed nim z piskiem, mężczyźni chcą, żeby im szepnął coś do ucha. Od strony Apple Market dobiega muzyka rockowa. Wczorajszy musical „Rock of Ages” był – pozwolę sobie zacytować moją rodzinę – absolutnie fantastyczny. Michał oczami wyobraźni widział się w roli Drew Dillenbecka, głównego bohatera, w którym zakochuje się piękna Sherrie Christian. W musicalu wykorzystano klasyczne utwory rockowe, m.in. zespołów: Bon Jovi, Poison i Europe. Po prostu uczta dla ucha i ducha. 

Po spektaklu wracaliśmy do Greenwich – jak co dzień – kolejką. Przejeżdżając koło doków, pomyślałam, że podróżowanie Docklands Light Railway jest o wiele przyjemniejsze niż londyńskim metrem. Człowiek sunie wzdłuż przeszklonych wieżowców, których ściany stają się lustrem dla nadjeżdżającej kolejki. Pomiędzy budynkami widać Tamizę i kawiarenki usytuowane wokół rzecznych zatok. Londyńskie metro jest zbawieniem w godzinach szczytu, ale ma także swoje wady. Największą wadą jest to, że często jest w nim duszno, a kiedy na peron wjeżdża pociąg, wpycha on masę zimnego powietrza. Ciągle jesteśmy chorzy po podróżach w londyńskim Undergroundzie. Z Docklands Light Railway nie ma takiego problemu. Podróżowanie staje się przyjemnością, większą od przemieszczania się po mieście autobusem. Czy kiedykolwiek próbowaliście jeździć po Londynie tym środkiem transportu? Taka podróż trwa wielokrotnie dłużej niż metrem. Autobus staje na przystankach niewiele od siebie oddalonych, przez co głównie stoi, a nie jedzie. Podróżując angielskim autobusem, można wiele zobaczyć, ale do zwiedzania nadaje się bardziej autobus wycieczkowy – sightseeing bus. Żeby choć jeszcze jeździły te stare autobusy niezamykane z tyłu, ale niestety wycofano je z użytku kilka lat temu. Z takiego autobusu można było wysiąść w dowolnym momencie, pod warunkiem – oczywiście – że akurat się zatrzymał. Teraz po angielskich ulicach jeżdżą wyłącznie autobusy z zamykanymi drzwiami. A komu to przeszkadzało?

Muszę kupić mojej rodzinie karty Oyster, zwane „ostrygami”. Ja swoją kartę mam już od kilku lat, oni natomiast zwrócili swoje, kiedy ostatnio wyjeżdżaliśmy z Londynu. Taka karta jest wygodna i daje wiele zniżek, np. na rejsy po Tamizie. Tylko, dlaczego ja musiałam uzupełnić tak szybko punkty na swojej „ostrydze”? Przecież teoretycznie korzystanie z karty jest o wiele bardziej opłacalne niż zakup kartonowego biletu całodniowego. Takie bilety codziennie kupuję mojej rodzinie. Pierwszego dnia Michał podszedł ze mną do automatu z biletami. Znów mnie będzie kontrolować – pomyślałam. No i – oczywiście – zaczął swoje. Bierzesz bilety tylko na dwie strefy? – zapytał. Dlaczego to dziecko igra ze mną? Jestem bardzo zmęczona po wielu miesiącach pracy, a ono mi nawet w Londynie nie odpuszcza. Tak, na dwie – warknęłam. – Michał, zostaw mnie w spokoju, bo coś tu źle wcisnę. Najlepiej idź do babci. – Tylko spojrzał na mnie z wysokości 185 cm i z lekceważącą miną odszedł. – Zajmę się Tobą później. – pomyślałam. W odpowiednim czasie dostaniesz ode mnie reprymendę. 

Ja mam tak często: nagle doznaję olśnienia. Jechaliśmy w dalszym ciągu kolejką do… W której strefie leży Greenwich? Do tej pory w czasie pobytu w Londynie zatrzymywaliśmy się wyłącznie w pierwszej. W najgorszym okresie, czyli w czasie studiów mieszkałam w drugiej. Najtańsze całodniowe bilety są, na co najmniej dwie strefy. O. Boże, zrobiło mi się słabo. Przed sobą miałam mapę Docklands Light Railway, z której wynikało, że Greenwich leży w trzeciej strefie, a ja od dwóch dni fundowałam mojej rodzinie atrakcje w postaci ewentualnej rozmowy z kanarami. Nie widziałam ich, co prawda, od bardzo dawna, ostatnio w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku, ale oni w każdej chwili mają prawo wsiąść do wagonu i zażądać okazania biletów. 

- Aguniu, co się dzieje? – z tyłu usłyszałam głos mamy.

Nie mogłam im powiedzieć, że pomimo posiadania biletów, już od kilku stacji jechali na gapę. Nie chciałam ich denerwować.

- Sprawdzam, na ilu stacjach w Greenwich zatrzymuje się nasz pociąg.

Takie malutkie kłamstwo, trochę naciągane, bo tą trasą jechaliśmy nie po raz pierwszy, ale cóż…. Jak to się stało, że nie zorientowałam się, że kupuję złe bilety? Chyba dlatego, że na stacji, na której wysiadamy nie ma bramek, przez które wychodzi się z peronu. W centrum Londynu taka sytuacja jest nie do pomyślenia. Jeśli nie włożysz do bramki biletu, nie zostaniesz przez nią przepuszczony. Na stacji Greenwich są natomiast czytniki do kart Oyster, z których ja korzystam, kończąc podróż. 

No to Michał będzie miał używanie – pomyślałam – Na pewno powie: „A nie mówiłem?”. Wytknie mi, że go nie posłuchałam i przegoniłam. Mimo to postanowiłam, że powiem im o mojej pomyłce, jak wyjdziemy ze stacji. Będę musiała jakoś wybrnąć z tej głupiej sytuacji z Michałem. Powiem mu, że się pomyliłam, ale teraz się do tego przyznaję i że do błędu powinien przyznać się każdy. Nie ma tego złego. 

Jakoś udało nam się dojechać do celu bez kontroli. Gdy minęliśmy płot stacji, powiedziałam im o tym, że najadłam się strachu. Mój syn – oczywiście – powiedział: „Przecież Cię pytałem, w której strefie leży Greenwich”. Tryumfował. Mama zawsze szuka pozytywów, więc zapytała: „Super, to ile funtów jesteśmy do przodu?”. Musiałam jej powiedzieć, że gdybyśmy zostali skontrolowani, to bylibyśmy do tyłu 160 funtów, bo tyle wynosi kara za jazdę na gapę dla dwóch osób. 

Dziś już wszyscy mamy właściwe bilety, więc podróż z Covent Garden upłynie w spokoju. 



 






niedziela, 19 kwietnia 2015

Czarnoksiężnik z krainy Oz - fragment książki "W drodze po szczęście. Zapiski z podróży"



Mój syn uważa, że wydałam niepotrzebnie pieniądze na spektakl "Czarnoksiężnik z krainy Oz", na który się dziś wybieramy, bo przecież on już jest za duży, by oglądać jakieś bajki. Takie bajanie jest dla malutkich dzieci, a nie dla niego, 14-letniego młodzieńca, który jest już prawie dorosły. 

Michał łaskawie idzie w kierunku teatru "London Palladium".

- Będę słuchał muzyki, uprzedzam. Mam w nosie krainę Oz.

OK. - myślę - to miej ją w nosie, tylko nie rób większych scen.

- Naprawdę na przyszłość nie kupuj już takich atrakcji, bo one są dla niego nieatrakcyjne – radzi mi mama – Popatrz, tu głównie przyszły małe dzieci. On ma prawo dziwnie się czuć.

- Słuchaj babci, bo mądrze mówi.  

OK., moja rodzina ma zastrzeżenie do programu artystycznego, który im przygotowałam. W przyszłości wezmę pod uwagę słowa ich krytyki.

Zaczyna się spektakl. Spróbujmy go obejrzeć, najwyżej po pierwszym akcie wyjdziemy z teatru. Zaczyna się opowieść. Na scenę wychodzi Dorotka z pieskiem, który w sztuce wabi się Toto. Jest prześliczny i wzbudza zachwyt w Michale, który uwielbia zwierzęta, szczególnie psy. Pierwsze lody zostały przełamane, uprzedzenia jeszcze są, ale trochę topnieją.

W pewnym momencie nad farmę nadciąga tornado i dom, w którym jest Dorotka i Toto zostaje wciągnięty przez trąbę powietrzną i przeniesiony do wschodniej części krainy Oz. Jak twórcy spektaklu postanowili małym dzieciom pokazać porwanie przez trąbę powietrzną domu i przeniesienie go w inny wymiar czasu i przestrzeni? Otóż postanowili równocześnie oślepić je i ogłuszyć. Równocześnie bowiem jeden wielki przeraźliwy huk wydobywa się z głośników i kilka razy błyskają lampy ustawione koło sceny i skierowane wprost na widownię. Nie wiem, jak te dzieci to zniosły, ale ja przez moment nic nie widziałam i nie słyszałam. Dzieci natomiast nawet nie pisnęły, wbiło je w fotele.

Moja rodzina pochyla się nade mną i mówi:

- Zwracamy Ci honor. Ten spektakl jest super, a tych dzieci tu nie powinno być.

Moim zdaniem, najcenniejszą cechą u bliźniego jest to, że potrafi się przyznać do błędu. Nie każdy bliźni ma tę cechę, ale moi mają. No – powiedzmy – Michał miewa. 



piątek, 17 kwietnia 2015

Drastyczne metody wychowania

Mój zbuntowany nastolatek ma metr dziewięćdziesiąt dwa centymetry wzrostu, 17 lat "ogromnych" doświadczeń życiowych, co daje mu prawo sądzić, że wszystko wie najlepiej, zawsze ma rację, nigdy się nie myli, a skoro jest tak genialny i do tego jest facetem, to o porządek wokół niego powinien dbać personel, czyli ja i moja mama. Swoje silne postanowienia, że będzie zostawiał brudne rzeczy dokładnie w miejscu, w którym je rzucił i nie jest to kosz na brudy, ani zmywarka wciela w życie bardzo skrupulatnie, codziennie od 17 lat. Moja biedna mama traci nerwy, bo chciałaby wychować kulturalnego wnuka, a tymczasem mamy kolejnego typowego mężczyznę, który w domu czuje się tak samo świetnie, jak w hotelu.

Tak, jak pisałam kilka dni temu, gdyby mój zbuntowany nastolatek mieszkał sam ze mną, to bardzo szybko nauczyłby się porządku. W przeciwnym razie zabiłby się, bo na jego drodze do pokoju walałyby się brudne rzeczy, których nie mógłby ani obejść, ani przeskoczyć. Ja w inny sposób rozprawiam się z buntem mojego syna. Nie mam cierpliwości, by mu tłumaczyć, wielokrotnie powtarzać, uczyć. Krew mnie zalewa, jak muszę tę samą kwestię powtarzać w nieskończoność, dlatego wpadłam na pomysł, że dam Michałowi odczuć na własnej skórze, co to znaczy mieć wokół siebie bałagan.

Jakieś pół godziny temu mój zbuntowany nastolatek opuścił łazienkę, wszedł do pokoju i wyłączył światło. Miał pecha, bo ja byłam następna w kolejce do mycia. Weszłam i co zobaczyłam? Pośrodku łazienki na podłodze leżały brudne majtki. Zostawił je dokładnie tam, gdzie je zdjął, czyli na samym środku, na podłodze. Może liczył, że majtki same dojdą do kosza na brudy, który jest w drugiej łazience? Przecież to niedaleko. Co to za problem dla takich majtek wyjść na korytarz, przejść na drugą stronę holu, otworzyć drzwi do łazienki i wskoczyć do kosza na brudy? Skoro w reklamie drażetki "chodzą", a kubek z kawą "mówi", to dlaczego rzeczy mojego syna nie miałyby same o siebie zadbać?

Niestety majtki tkwiły w miejscu, nieśpieszno im było przejść do drugiej łazienki. Wobec powyższego otworzyłam drzwi do ciemnego pokoju mojego syna. Światło z korytarza oświetliło mi drogę do jego łóżka i dzięki temu widziałam, gdzie jest jego głowa. Ostrzegłam go, ze to, co teraz zrobię nie będzie dla niego miłe. Rzuciłam mu te jego majtki na twarz i powiedziałam, że od dzisiaj wszystko, czego nie sprzątnie będzie na nim "lądować", by na własnej skórze odczuł, jak nas męczy bałagan, który robi. Wiem, że zachowałam się okropnie, ale jeśli przez 17 lat nie działały łagodniejsze metody, to przyszedł czas na drastyczniejsze.

środa, 15 kwietnia 2015

Wpadną tu i zrobią nam "jeb z dzidy"



- Mamo, kiedy kupiłaś bilety z Londynu do Warszawy? 

Moje dziecko nie może usnąć, nikt z nas zresztą nie może spać. Za oknem jest wyjątkowo gwarno, kilka osób rozmawia tak głośno, jakby rozmawiali tuż obok naszych łóżek. 

- We wrześniu, a co?

- No to gratuluję! Żeby kupować bilety na lot o 7.30? To innych lotów już nie było?

Rzeczywiście, nie pomyślałam. Wydawało mi się, że będziemy mieć jeszcze całą niedzielę w domu. Teraz bardzo żałuję, bo taksówka, którą zamówiłam ma nas zabrać o 4.00 rano, a w zasadzie w nocy. A te głosy za oknem nie cichną.

Wszyscy jesteśmy rozbudzeni i wpadamy w głupawkę. Zaczynamy sobie opowiadać dowcipy o tym, co zrobimy „denerwującym głosom”, a co „denerwujące głosy” zrobią nam, bo brzmią trochę jak te, należące do czarnoskórych mieszkańców Londynu. I nagle moje dziecko mówi: 

- Wpadną tu przez okno (mamy pokój na parterze) i zrobią nam „jeb z dzidy”. 

Dowcip jest tak absurdalny, że zaczynamy pękać ze śmiechu i po raz pierwszy tej nocy głosy milkną.

Jesteśmy na pokładzie samolotu. Musieliśmy czekać pół godziny na uruchomienie odprawy bagażowo-paszportowej, bo taksówkarz przywiózł nas przed czasem. W samolocie przeważają Polacy i Anglicy. Jesteśmy zapoznawani z zasadami bezpieczeństwa. Najpierw płynie z głośników instrukcja po angielsku, a następnie po czesku. I koniec! A gdzie instrukcja po polsku? Polscy pasażerowie zaczynają bić brawo, padają dowcipy o umiejętnościach językowych Anglików, którzy nie odróżniają polskiego od czeskiego.
Z Londynu do Warszawy leci się niedługo, zaledwie dwie i pół godziny. Zbliżamy się do Okęcia. I ponownie płyną komunikaty o schodzeniu do lądowania, godzinie w Warszawie i temperaturze na zewnątrz, i przy gruncie. I ponownie płynie czeski komunikat, który wzbudza ogólną radość Polaków. No, brawo!!! Znakomita załoga British Airways i jej znajomość języków obcych! Obsługa zachowuje poker face, a dwie panie, siedzące dwa rzędy za nami zaczynają komentować sytuację. Pani na oko koło siedemdziesiątki mówi do drugiej – na oko koło dziewięćdziesiątki:

- A co to był za język? Chyba chorwacki?       
                                          
Na to mój syn nie wytrzymał i na cały samolot mówi teatralnym szeptem:

- No, nie wierzę w to, co słyszę. Co ta kobieta wygaduje? Czego się ona nałykała? Trzeba ją koniecznie o to zapytać, żeby nie brać tego samego, bo to niebezpieczne. Boże, żeby języka czeskiego nie poznać? 

Kobieta zesztywniała, ja schowałam się pomiędzy fotelem a oparciem tego poprzedzającego i pokazuję Michałowi pięścią. Za każdym razem mówimy mu, żeby uważał, co mówi, bo nawet na zadupiu – na środku Pacyfiku może się znaleźć ktoś, kto rozumie po polsku. Szczególnie w samolocie pełnym naszych rodaków. 




  










wtorek, 14 kwietnia 2015

"Babska" piłka nożna i "mord" w oczach




Na ten mecz Michał nastawiał się szczególnie. kupowałam tuż przed naszym wyjazdem na wakacje, stąd cały bałagan, związany z ich dostarczeniem. Miałam świadomość, że w żadnym razie, nawet z pomocą polskiej poczty bilety nie trafią do mnie na czas. Od razu wskazałam hotel jako miejsce dostarczenia przesyłki. Adres hotelu ustawiłam nawet jako mój adres domowy. Mam na myśli ustawienia w swoim profilu na stronie organizatora Igrzysk. Poinformowałam o tym dział sprzedaży biletów London2012 Ticketing i sam hotel.

Bilety na Igrzyska Olimpijskie w Londynie kupowałam na ostatnią chwilę, w ramach programu odsprzedaży, ponieważ we właściwym czasie, na przełomie stycznia i lutego 2012 roku kupiłam wejściówki do parku olimpijskiego, ale nie zauważyłam, że one dotyczą jedynie Paraolimpiady, która miała się odbyć po wakacjach. Chciałam zaoszczędzić, a skończyło się na kupnie biletów na mecz piłki nożnej na stadionie Wembley i mecz siatkówki na Earl`s Court. Wszystkie bilety kupowałam w ciemno. Było już ich bardzo mało, nie zawsze pasował nam termin, a niektóre ceny były nie do przyjęcia. Na przykład bilety na zawody pływackie zostały jedynie w grupie AA w cenie £440 każdy. Jakiś „kosmos”!

Na Wembley nigdy nie byliśmy, więc myślałam, że Michał się ucieszy. Ucieszył się. Nadal się cieszył, pomimo że nie wiedzieliśmy, kto z kim gra.



Przeszliśmy przez kontrolę, o której było głośno, ponieważ miała przypominać tę stosowaną na lotniskach. Musieliśmy wyrzucić butelki z wodą mineralną, a pracowniczka ochrony nieśmiało zajrzała do torby, ale nie zaglądała głębiej, bo ją uprzedziłam, że w środku jest niemiłosierny bałagan. Gdybym miała w niej granat, to może udałoby mi się go przenieść.

Znaleźliśmy nasz sektor. Mój syn był podekscytowany. Wreszcie zobaczył stadion Wembley na własne oczy. Tuż przed wyjazdem szpanował kolegom, że będzie na meczu na jednym z najsłynniejszych stadionów świata. Chciał się zameldować na Facebooku. Ja z kolei lustrowałam teren. Podobało mi się to, że nie było tam innych reklam poza logo „London2012”. W ten sposób Igrzyska Olimpijskie unikają całkowitej komercjalizacji, jaka towarzyszy innym wydarzeniom sportowym.

Koło nas usiadły dziewczyny z różnymi dodatkami w kolorach flagi Brazylii.

- Michał, popatrz na nie, chyba gra Brazylia. Ciekawe, z kim.

Mój syn zbystrzał. Spojrzał na tablicę zawieszoną nad murawą i momentalnie przeniósł wzrok na mnie. Miał „mord” w oczach. Gdyby jego wzrok mógł zabijać, to ja leżałabym martwa.

- Na coś Ty kupiła bilety? To jest babska piłka nożna. Jak ja teraz spojrzę kolegom prosto w oczy? Przecież będą mieli ze mnie "polewkę" do końca świata.

Michał był poważnie wkurzony i już kompletnie niezainteresowany stadionem i meczem. Włożył słuchawki do uszu i włączył muzykę w iPodzie. Do końca meczu słuchał polskiego rapu. Od czasu do czasu kiwał z politowaniem głową.