Przychodził na świat przez cztery dni. Cztery dni leżenia na wznak przez kilkanaście godzin, podłączona do KTG. To były najgorsze cztery dni w moim życiu. Wiem, wiem, nie powinnam tak pisać o zbliżającym się najszczęśliwszym dniu w moim życiu, ale polska służba zdrowia zrobiła wszystko, by mi ten moment obrzydzić. Kobiety, które były w ciąży zrozumieją, jak strasznie niewygodnie jest leżeć na wznak przez chwilę, a co dopiero przez cały dzień. Trafiłam do najgorszego szpitala położniczego w Warszawie. Na Madalińskiego. Osobiście go nie polecam. Personel opracował do perfekcji "olewanie" przyszłych matek. Czułam się, jakbym zawadzała pielęgniarkom, a one wykazywały empatię bliską "zeru".
Zadeklarowałam poród
rodzinny. 18 lat temu to była nowość, ale taki poród był dostępny w szpitalu na
Madalińskiego. Przez całą szkołę rodzenia dużo o nim słyszałam. I w zasadzie ta
informacja była jedyną korzyścią, jaką z niej wyniosłam. Mój ówczesny mąż,
który miał mi towarzyszyć w zajęciach za każdym razem miał komórkę przy uchu i
co chwilę wychodził z sali, w związku z tym nie byłam w stanie skupić się na
niczym. Jedyną informację, jaką stamtąd wyniosłam to ta, że on będzie mógł być obecny
przy porodzie i przy odrobinie szczęścia komórka mu się rozładuje, i nikt się
do niego nie dodzwoni. :)
Do ostatniej chwili
pracowałam. W zasadzie grafik w pracy miałam ustawiony tak, że nie było w nim
wolnej "dziurki" na poród. Tak bardzo byłam skupiona na programach,
które musiałam zrobić, że wizja porodu była bardzo odrealniona. Przyjście
mojego pierworodnego na świat jawiło się niczym wyjęcie kasety Betacam z
magnetowidu. Tak, tak, były to czasy "analogowe". Myślałam sobie:
pójdę do szpitala i oni tam wyjmą mi dziecko z brzucha, jak taśmę z maszyny
emisyjnej. Nacisną "Eject" i dziecko samo wysunie się z wnętrza. Po
wielu latach pracy na najwyższych obrotach dochodzę do wniosku, że jeśli
dziennikarka jest w ciąży, to powinna na miesiąc przed planowanym terminem
porodu zrobić sobie wolne, by przestawić się na kompletnie inne myślenie,
postrzeganie świata, nie przez obiektyw kamery i tego, co widać w kadrze, ale
powinna przenieść się do rzeczywistości i przygotować się na nadejście
najszczęśliwszego dnia w jej życiu. Na przyjście na świat jej potomstwa.
Szczególnie ważne jest to w przypadku pierwszego dziecka.
Ja tymczasem nie dość, że
tkwiłam w odrealnionym świecie swojej pracy, to grafik miałam ustawiony tak, że
poród w terminie, ani nawet w całym 1998 roku nie był możliwy. A to właśnie wtedy
miał przyjść na świat mój synek. Zwyczajnie nie miałam dostępnych terminów. Wobec
powyższego lekarz ginekolog umieścił mnie siłą na oddziale patologii ciąży w
szpitalu, w którym był zastępcą ordynatora oddziału położniczego. Spędziłam tam
16 dni. 16 marcowych dni. To był również najgorszy czas w moim życiu. Jeśli
ktokolwiek Paniom powie, że umieszczenie przyszłej mamy na patologii ciąży
przyśpieszy lub też ułatwi poród, jest w błędzie. Mój syn został przenoszony
dokładnie 16 dni. Przez cały ten czas siedziałam zamknięta w murach szpitala,
nie mogłam wychodzić na zewnątrz. Przez 16 dni ani chwili nie byłam na dworze.
Jak miałam urodzić w terminie bez powietrza i prawie bez ruchu? Polecono mi
chodzenie po schodach na klatce, na której personel palił papierosy. Głupota
czy znieczulica?
I potem nastąpiły te cztery
dni, w czasie których usiłowano wywołać poród. Już wtedy były znane nowocześniejsze
metody niż leżenie na płasko z podłączeniem do aparatury, ale ja tkwiłam na
wznak w ogólnej sali porodowej, w której łóżka były rozdzielone parawanami.
Doświadczyłam historii, o których wcześniej jedynie słyszałam. Kobiety na
łóżkach obok w bólach porodowych wyklinały mężów za to, że musiały urodzić im
dzieci. Wcześniej myślałam, że takie opowieści są przesadzone, ale wtedy dotarło do
mnie, że kobieta może tak się zachować. Ból zmienia człowieka nie do poznania.
Byłam prywatną pacjentką
zastępcy ordynatora oddziału położniczego, który załatwił mi prywatnie
anestezjologa. Założenie znieczulenia zewnątrz-oponowego nie należało do
najmilszych przeżyć, ale zacisnęłam zęby i wytrwałam. Na początku było
cudownie, żadnego bólu. Pomyślałam sobie, że może nie będzie tak źle. Leżałam
na wznak już czwarty dzień, zaczęłam się do tego przyzwyczajać. W pewnej chwili
od strony drzwi zaczęły dolatywać straszne dźwięki. Rozpętała się jakaś awantura,
a ja pomyślałam, że to pewnie kolejna rodząca, która wyklina swojego małżonka.
Jakie było moje zdziwienie, gdy się okazało, że ta awantura dotyczyła mnie. Osobą
krzyczącą była dyżurna anestezjolog, która dowiedziała się, że mam prywatne
znieczulenie, więc postanowiła mi pokazać, jakie są konsekwencje uprawiania na
terenie szpitala "prywaty" i co oznacza ból. Wykrzyczała, że będzie
mi podawać połowę dawek. W tym momencie skończyła się perspektywa porodu bez
bólu i zaczął się prawdziwy koszmar, bo po połowie dawek ból był nie do
zniesienia. Tak wytrwałam 10 godzin, w czasie których doszły jeszcze torsje.
Późnym wieczorem usiłowano mnie zmusić do porodu drogami natury, ale okazało
się, że dziecko jest źle ułożone. Wtedy podszedł do mnie jeden z lekarzy i
powiedział coś, czego nie zapomnę do końca życia: "Płód jest źle ułożony i
nie urodzi Pani naturalnie. Albo zrobimy cesarskie cięcie, albo straci Pani
dziecko. Co Pani wybiera?". Przepraszam najmocniej, ale pytanie kobiety,
która przez 16 dni jest w zamknięciu, przez 4 dni jest przykuta do urządzenia i
ledwo oddycha, a przez 10 godzin zwija się z bólu pomimo, że ma znieczulenie
zewnątrz-oponowe... a zatem zmuszanie kobiety w takim stanie do podjęcia decyzji jest kpiną. A gdybym
odpowiedziała: "Nie, nie zgadzam się na cesarskie cięcie", to czy ci
panowie pozwoliliby, bym straciła dziecko?
Byłam na tyle przytomna,
żeby odpowiedzieć, że zgadzam się na cesarskie cięcie. Na całe szczęście
przyszedł anestezjolog z drugiej zmiany, który porządnie mnie znieczulił - tak,
że nie czułam nic od pasa w dół. Z sali operacyjnej pamiętam sufit, w którym
odbijało się wszystko, czego nie mogłam zobaczyć normalnie, bo mój brzuch był odsłonięty
ode mnie parawanem. A zatem nie widziałam przed sobą nic poza kawałkiem materiału,
ale za to na suficie odbijał się mój rozcinany brzuch. Starałam się nie patrzeć
w górę, po prostu zamknęłam oczy. Słyszałam dowcipy dwóch operujących lekarzy.
Jeden z nich powiedział: "Hej, to trzustka?", na co drugi
odpowiedział: "Nie, to śledziona. Nie byłeś na tych zajęciach?"
Prawdopodobnie był to żart, ale ja już miałam wszystkiego dość i chciałam mieć ten zabieg z głowy. I w pewnym momencie, choć nie pamiętam krzyku
nowonarodzonego dziecka, to wciąż słyszę ciepły głos położnej, która podała mi
zakrwawionego noworodka. To było moje dziecko. Byłam w szoku. Wreszcie dotarło
do mnie, że zostałam mamą. Byłam zaskoczona serdecznością tej kobiety, która
zachowywała się jakby była z zupełnie innego szpitala.
Przyjście na świat mojego
synka - pomimo wielu trudności - było bardzo magicznym przeżyciem. Pamiętam
jeszcze jedną magiczną chwilę w dziewiątym miesiącu ciąży. Była późna noc, ok.
4.00 nad ranem. Musiałam pójść do toalety. W całym domu panowała głucha cisza.
I w tej ciszy usłyszałam dźwięk, jakby kumkanie żaby. Byłam zszokowana, ale też
półprzytomna, więc później o tym zapomniałam. Przypomniałam sobie w sobotę 19 marca 2016 roku, bo w tym dniu mój syn skończył 18 lat.
Od prawie trzech tygodni Michał jest
pełnoletni, a od dziś ma już dowód osobisty. Wstał wcześnie rano, by jeszcze przed szkołą go odebrać. Był zaspany, ale silnie zdeterminowany, by jak najszybciej odebrać z urzędu ten dokument... dokument potwierdzający jego dorosłość. Moje dorosłe dziecko, ale dla mnie wciąż takie maleństwo... 191 cm wzrostu :) W dniu urodzin wzięłam go na ręce. Był to ostatni moment, kiedy mogłam sobie na to pozwolić. Już teraz
nie wypadałoby mi go o to poprosić. Dorosłego już człowieka? Zrobiliśmy sesję
zdjęciową, wzięłam go na ręce dwa razy. W nocy rozbolały mnie wszystkie mięśnie,
umierałam z bólu. Mój syn nie jest gruby, zalicza się raczej do chudych, ale i
tak ciężar, jaki podniosłam czułam jeszcze w nocy. Ale byłam zadowolona. W ten
sposób poczułam się, jak 18 lat temu, zmęczona do nieprzytomności, ale bardzo szczęśliwa. Tym razem z tego, że Michał wyrósł na takiego fajnego chłopaka.
Będą z niego ludzie.
Jeśli zaś chodzi o najgorszy
szpital w Warszawie, to mój ginekolog prowadzący, który był równocześnie
zastępcą ordynatora oddziału położniczego - pomimo zapewnień, że jest na każde zawołanie
- wyłączył telefon i udał się do domu na kolację. Moja rodzina na próżno
usiłowała się do niego dodzwonić. Bez skutku. Umówioną kwotę pieniędzy jednak
zainkasował. Anestezjolog, przez którego cierpiałam 10 godzin miał pretensje,
że dostał za mało, choć za to, co mi zrobił dostał i tak za dużo.
"Incydent" z położną już się nie powtórzył, na drugi dzień po
porodzie pielęgniarki dalej praktykowały "olewanie" ciężarnych oraz
kobiet po porodzie. Na początku zgłosiłam, że mam konflikt serologiczny, a
zatem wiadomo, że powinnam była dostać w zastrzyku immunoglobulinę anty D, a jej
nie dostałam. Nazajutrz rano przyszła do mnie mama. Gdy zobaczyła, jakie mam
ciśnienie, a było ono raczej "zejściowe" i dowiedziała się, że nie
dostałam zastrzyku, zainterweniowała u dyżurnych pielęgniarek. Jedna z nich
powiedziała: "A to pacjentka dra...? Proszę Pani, tu jego pacjentki
umierają". Chcą jeszcze Panie wybrać szpital na Madalińskiego? Nie łudźmy
się. Nawet po wstąpieniu do Unii Europejskiej, psychika zatrudnionego tam
personelu z pewnością aż tak się nie zmieniła. Zmienił się na pewno sprzęt, bo na
to Unia przyznaje dofinansowanie.
Nie chcę kończyć mojego tekstu
aż tak pesymistycznie, więc napiszę o jeszcze jednej magicznej chwili w najgorszym
szpitalu w Warszawie. Niestety nie doświadczyłam jej osobiście i znam ją z opowieści
mamy. Następnego dnia po porodzie poszła zobaczyć wnuka w sali dla noworodków.
Leżał w takim łóżeczku z pleksi. Podobno puścił do niej oko, gdy mu się przyglądała. Mama twierdzi, że ją poznał.
***********************
Osiemnastka dziecka zawsze jest okazją do spojrzenia wstecz na wszystkie lata: pieluch, kolek, wyrastania zębów, pierwszych niepowodzeń, problemów w szkole, dorastania i związanego z tym buntu, stawiania na swoim i trzaskania drzwiami... bo nie będą mi "robić prania mózgu" ... Ja również postanowiłam zrobić taką retrospektywę, którą przedstawiam poniżej. Najwięcej jest zdjęć z wyjazdów, ale jako mama, pracująca w mediach najwięcej czasu spędzałam z dzieckiem w czasie urlopów. Czasu w ciągu roku było o wiele mniej.
18 lat mojego dziecka
1998
1999
2000
2001
2002
2003
2004
2006
2007
2008
2009
2010
2011
2012
2013
2014
2015
19 MARCA 2016





























































































































































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz